[984] Recenzja: Malorie – Josh Malerman

0 | Skomentuj

„Co jest człowiekowi bliższe niż autorefleksja?”, czyli drugi tom Bird Box.


Nie tak dawno udało mi się zapoznać z pierwszym tomem serii Bird Box Josha Malermana. Na podstawie Nie otwieraj oczu powstał film Netflixa z Sandrą Bullock w roli głównej. Historia ta pierwotnie została wydana w 2014 roku jak pierwszy tom Bird Box. Teraz mamy okazję zapoznać się drugim tomem tej serii.

Minęło dwanaście lat od ucieczki wzdłuż rzeki. Wciąż wystarczy jedno nieostrożne spojrzenie na istoty, które przemierzają świat, by popaść w obłęd i szaleńczą furię. Nikt nie wie, czym są. Nikt nie wie, jak je powstrzymać. Malorie żyje dla jednego celu: przetrwać za wszelką cenę. Do czasu, gdy dociera do niej wiadomość, w którą nie potrafi uwierzyć — ktoś, kogo kocha, ktoś dawno uznany za martwego, może jednak żyć. Teraz Malorie staje przed najtrudniejszym wyborem: dalej żyć w bezpiecznej ciemności… czy zaryzykować wszystko i wyruszyć ku nadziei, która może okazać się zarówno wybawieniem, jak i zgubą.


Ponownie zostajemy wrzuceni do dystopijnego świata wykreowanego przez Josha Malermana. Akcja powieści dzieje się 12 lat później. Nasi bohaterowie dojrzeli (dzieci Malorie to już nastolatkowie). Malorie to w głównej mierze opowieść o relacji matki z dziećmi, która pomimo ciężkich warunków, rozwija się w świecie, w którym musisz być bardzo czujny. Jak żyć, gdy nie można otworzyć oczu. Każdy błąd może doprowadzić do śmierci. To powieść, która skupia się na przetrwaniu w bardzo niebezpiecznych czasach. Lata ciągłego treningu i wiecznej walki odcisnęły piętno na naszej głównej bohaterce, która po 17 latach postanawia powrócić do swojego rodzinnego miasta, by wreszcie spotkać się z rodzicami. Ponownie jest powieść drogi, podczas której czyha na nich wiele przeszkód.


Miałam nadzieję, że świat zostanie nieco lepiej przedstawiony, że dowiemy się o nim nieco więcej — wiemy o nim tyle samo, co w pierwszym tomie. Niestety pojawia się coraz więcej niedoskonałości i niedociągnięć fabularnych. Całość staje się coraz bardziej niewiarygodna i trudno sobie wyobrazić pewne sytuacje (np. jak można wsiąść do jadącego pociągu, mając zakryte oczy?). Książkę ratuje zakończenie, które nieco wyjaśnia nam, z czym mamy do czynienia. Pierwszy tom lepiej mi się czytało. W tym akcja nie już tak dynamiczna, a z każdą kolejną stroną trudno jest uwierzyć w niektóre sytuacje. Napięcie również nie było tak dobrze odczuwalne, jak przy Nie otwieraj oczu. Mimo wszystko autor potrafi zainteresować czytelnika. Jeśli nie czytaliście pierwszej części, to odsyłam do niej — dzięki temu lepiej zrozumiecie kontynuację.


Ilość stron: 351
Wydawnictwo: Akurat


Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję Wydawnictwu Akurat ;)








 

[983] Recenzja: Lokatorka – Freida McFadden

0 | Skomentuj

„W ułamku sekundy było po wszystkim — pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że umiera”, czyli kolejny thriller Freidy McFadden.


Ostatnio dosyć często dostajemy nowe książki do Freidy McFadden. Mam wrażenie, że robi się ona coraz popularniejsza i coraz więcej osób w Polsce chętnie po nią sięga. Ma na swoim koncie już kilkadziesiąt powieści. Pomoc domowa doczekała się nawet swojego serialu. Nie czytałam wszystkich powieści McFadden, ale kilka już za mną. Teraz przyszedł czas na Lokatorkę, a na mojej półce czeka już na przeczytanie Oddział D.


Blake Porter ma wszystko: świetną pracę, piękną narzeczoną i niedawno kupioną kamienicę, która miała stać się ich wspólnym domem. W jednej chwili cały ten świat rozpada się na kawałki. By ratować swoje finanse, mężczyzna postanawia wynająć jeden z pokoi.

Kandydaci okazują się jednak dalecy od ideału… aż do momentu, gdy zjawia się Whitney. Urocza, uprzejma, niemal perfekcyjna. Wymarzona lokatorka – przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Wkrótce po tym, jak kobieta zamieszkała w kamienicy, zaczynają dziać się w niej niepokojące rzeczy. Sąsiad odnosi się do Blake’a z rosnącą niechęcią. Dom wypełnia słodkawy zapach rozkładu, którego źródła nie sposób namierzyć. Nocami Blake słyszy odgłosy, które nie pozwalają mu spać, a jego relacja z narzeczoną wyraźnie się psuje. Wkrótce mężczyzna zaczyna się bać, że ktoś zna jego najmroczniejsze sekrety…

Niebezpieczeństwo czai się bliżej, niż Blake mógłby przypuszczać. A kiedy zrozumie, kogo tak naprawdę wpuścił do domu… może być już za późno.


Historia toczy się wokół Blake Portera, który może się wydawać, ma wszystko, czego w życiu potrzeba — dobrze płatną pracę, mieszkanie i piękną narzeczoną. Jednak wszystko, co dobre nie trwa wiecznie i kiedy traci pracę, jego dobra passa się kończy. By ratować swoje finanse, postanawia wynająć jeden z pokoi. Wraz z tytułową lokatorką życie naszego głównego bohatera chyli się ku upadkowi. Niezrozumiałe wydarzenia, niezidentyfikowane odgłosy, dziwne zapachy — niebezpieczeństwo czai się tuż za rogiem.


Sam schemat historii jest nam dobrze znany (jeśli czytaliście inne książki tej autorki to mniej więcej będziecie wiedzieć, jak całość będzie wyglądać). Krótkie rozdziały nadają dynamizmu fabule, a autorka lubi mieszać czytelnikom w głowach i wprowadzać wątki, które jedynie mają nas zmylić. Świetnie wychodzą jej plot twisty, dzięki czemu nie ma nudy, a akcja płynie dalej.


Książkę czyta się błyskawicznie. To praktycznie lektura na jeden dłuższy wieczór. Nie jest to może coś oryginalnego, ale dostarczy wam kilka godzin rozrywki. Podobna schematem do innych historii tej autorki, ale napisana na tyle dobrze, że trzyma w napięciu. Myślę, że świetnie się sprawdzi dla osób, które próbują swoich sił w tym gatunku.


Ilość stron: 404

Wydawnictwo: Czwarta Strona


Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona :) 

[982] Recenzja: Chłód – Weronika Mathia

0 | Skomentuj

 „Można wybaczyć tylko tę zbrodnię, którą jesteśmy w stanie zrozumieć”, czyli wszechogarniający Chłód.


Weronika Mathia ma na swoim koncie już kilka książek (większość z nich mam za sobą). Chłód przyciągnął mnie od siebie swoim tajemniczym opisem, który zwiastował makabryczną opowieść.


W mroźną zimę, która spowija miasteczko, kłamstwa są jak cienka warstwa lodu – wystarczy jedno pęknięcie, by odsłonić to, co miało nigdy nie wypłynąć na powierzchnię.

Szymon, skazany przed laty za brutalne morderstwo przyjaciela, opuszcza więzienie i wraca do rodziny, próbując odzyskać normalność. Ale przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć – jego wnuk Patryk zostaje znaleziony martwy, a stare sprawy budzą się do życia. Ci, którzy wiedzą o wydarzeniach sprzed lat, milczą, jakby każde słowo miało skruszyć cienki lód pod ich stopami.

Karolina Rawa, technik kryminalistyczna, rozpoczyna prywatne śledztwo, kiedy odkrywa, że także jej rodzina utkwiła w lodowatej sieci sekretów…


Akcja ma miejsce w małym miasteczku, gdzie tajemnice od lat się piętrzą. Śledzimy losy kilku bohaterów. Z jednej strony mamy Szymona, który po latach spędzonych w więzieniu wychodzi na wolność. W przeszłości pozbawił życia swojego licealnego przyjaciela. Przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. A gdy zostaje znaleziony martwy jego wnuk, wydaje się, że nie można od niej uciec. Z drugiej strony mamy Karolinę Rawę technika kryminalistyki, która prowadząc śledztwo na własną rękę, odkrywa, że jej rodzina posiada zdecydowanie za dużo sekretów. Weronika Mathia udowodniła swoimi poprzednimi książkami, że potrafi stworzyć ciekawe i wciągająca historie pełne mroku. W Chłodzie nie jest inaczej. Nie boi się podejmować trudnych tematów taki jak przemoc, zaburzenia czy też niepełnosprawność.


Podoba mi się mroźny klimat tej historii — pod warstwą śniegu zostały pogrzebane liczne tajemnice, które powoli odkrywać. Intryga została zgrabnie poprowadzona i trzyma w napięciu do samego końca. Mnogość tajemnic i zagadek do rozwiązania na pewno zaspokoi fanów kryminałów i thrillerów. Historia jest przedstawiona bardzo realistycznie. Możemy przeżywać z bohaterami ich rozterki i problemy. Spędziłam z tą książką kilka przyjemnych godzin, próbując odgadnąć, gdzie przebiega granica przebaczenia. Możecie śmiało po nią sięgnąć — jest to oddzielna historia. Jeśli czytaliście poprzednie książki autorki i podobały się Wam, to spokojnie możecie sięgać po Chłód. Dla osób, które jej nie kojarzą — może zachęci Was na tyle, by poznać inne historie spod jej pióra?


Ilość stron: 352

Wydawnictwo: Czwarta Strona



Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona :) 

[981] Recenzja: Tysiąc odcieni błękitu – Cheon Seon-ran

0 | Skomentuj

„Frustracja, wysiłek, smutek — każde ze słów, które znam równie dobrze jak ja, jest jednym z tysiąca odcieni błękitu”, czyli koreańska literatura z przyszłości.


Jako wierna fanka literatury azjatyckiej nie mogłam sobie odpuścić tej książki. Cheon Seon-Ran to koreańska pisarka, która za tę powieść została uhonorowana główną nagrodą w czwartej edycji Konkursu Koreańskiej Fantastyki Naukowej. Tysiąc odcieni błękitu wystawiono w Korei w formie musicalu, a sama książka zostanie również ekranizowana.


Rok 2035. Życie dwóch sióstr toczy się w cieniu toru wyścigów konnych. Ich mama prowadzi restaurację tuż przy hipodromie. Starsza siostra, poruszająca się na wózku, spędza w stajni na torze całe dnie. To jedyne miejsce, gdzie czuje, że nikomu nie przeszkadza. Młodsza pasjonuje się robotami i mimo że jeden z nich pozbawia ją pracy, postanawia naprawić przeznaczonego na złom humanoida C-27.

Gdy siostry dowiadują się, że ukochana klacz Today ma zostać uśpiona, postanawiają ją ratować. Obmyślają plan, by koń mógł pobiec w jeszcze jednym, ostatnim wyścigu. Nie będzie to jednak zwykła gonitwa. W przygotowaniach pomoże im wyjątkowo ciekawski i empatyczny robot dżokej.

Tysiąc odcieni błękitu to przejmująca powieść o poświęceniu, miłości i zachwycie nad światem, a także o tym, czym tak naprawdę jest człowieczeństwo.


Autorka zabiera nas w przyszłość i opowiada historię trzech kobiet, które, mimo że mieszkają razem... tak naprawdę żyją osobno. Pomiędzy nimi jest przepaść pełna żalu i nieporozumień. Nie potrafią okazywać emocji i dopiero gdy pojawia się w ich domu robot, zaczynają się zmieniać. Cheon Seon-Ran nie boi się podejmować trudnych tematów takich jak radzenie sobie z niepełnosprawnością, odwieczny pośpiech za czymś czy też wszechogarniające poczucie samotności. Każdy z bohaterów ma swoje traumy i problemy, z którymi walczy na co dzień.


W głównej mierze jest to jednak powieść obyczajowa (jeśli ktoś liczył na większe wątki sci-fi, to może trochę zawieźć). Zmusza do refleksji i spojrzenia na obecny świat nieco inaczej. W swojej książce autorka ukazuje także strach przed nowoczesną technologią, wpływ zmian klimatycznych na życie ludzi czy też zastanawia się nad prawami zwierząt. Tysiąc odcieni błękitu zawiera wiele wątków — niektóre z nich poprowadzone są nieco chaotycznie, a niektóre są zbyt rozbudowane i na siłę ciągnięte.



To nie jest książka, która każdemu się spodoba. Utrzymana w spokojnym klimacie zmusza do przemyśleń. Nie znajdziecie tutaj dynamicznych zwrotów akcji czy też wybuchowych emocji. Przypomina mi nieco inne koreańskie powieści tym nieśpiesznym rytmem. To powieść, dzięki której zatrzymasz się na chwilę w tym pędzącym świecie i spojrzysz na swoje życie nieco spokojniej.


Ilość stron: 335

Wydawnictwo: Wielka Litera


Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu Wielka Litera ;)



© Mrs Black | WS X X X