[971] Recenzja: Silvercloak – Laura Steven

0 | Skomentuj

„Zabij albo zgiń. Może właśnie tak mordercy stawiali się mordercami – nie dlatego, że mieli w sobie zakorzenione zło, wrodzoną żądzę krwi, lecz dlatego, że nie mieli wyboru”, czyli pierwszy tom trylogii fantasy.


Wiele osób porównuje Silvercloak do kultowej już serii J.K. Rowling Harry Potter. Jako wierna fanka tego magicznej klimatu postanowiłam dać szansę pierwszemu tomu trylogii Silvercloak. L.K. Steven ma na swoim koncie książki YA, a ta jest pierwszą napisaną dla dorosłych.


W Vallinie rozkosz to coś więcej niż sama rozkosz. To żywioł, niezbędny do egzystencji jak woda, oczywisty jak powietrze. Rozkosz leczyła, żywiła, ożywiała. Rozkosz była konstytucyjnym prawem.

Rozkosz była magią, a magia – rozkoszą.

Lecz magią był też ból, a magia – bólem. Na tym właśnie polegał problem.

W tym świecie młoda magini Saffron Killoran próbuje zrealizować tajemny plan, który dojrzewa w jej głowie od dwudziestu lat. Marzy o tym, by pomścić swoich rodziców, zamordowanych przez przedstawicieli przestępczej organizacji Krwawy Księżyc, a przy tym – nie zdradzić najtajniejszego sekretu o naturze swojej magii.

Saff robi wszystko, by dostać się do Zakonu Srebrnej Peleryny, obrońców porządku i prawa. Przy tym jednak wikła się w sieć kłamstw, które wywrócą do góry nogami całe jej życie – i rozbudzą w niej nowe, zaskakujące dla niej samej uczucia.


Autorka wykreowała magiczny świat, gdzie moc powiązana jest z emocjami. Ból, szczęście i przyjemność — w różny sposób można się "doładować". Początek tej książki jest dosyć trudny do ogarnięcia, nudny i bez większych emocji. Potem akcja się rozwija. Są intrygi i kłamstwa, które napędzają tę opowieść. Poszukiwanie zemsty kieruje naszą główną bohaterką, która za wszelką cenę chcę pomścić swoich rodziców. Od lat planowała i skrzętnie dążyła do celu. System magiczny został ciekawie nakreślony — zaklęcia, różdżki i magiczne artefakty uzupełniają historię. Bohaterowie są niejednoznaczni, walczą ze sobą i swoimi charakterami. Niektórzy lepiej przedstawieni, a niektórzy potraktowani po macoszemu. Możemy zaobserwować, jak człowiek przeobraża się w potwora – jak inni ich tworzą.


Saffron z pozoru zimna i umiejąca grać kogoś, kim nie jest, zupełnie nie potrafi kłamać. Nie do końca jest postacią, którą bym polubiła. Jest zbyt wyniosła, a większość rzeczy przychodzi jej dosyć łatwo. Zachowuje się dziecinnie, a jej wybory mogą irytować. Czytając tę powieść, kilkukrotnie musiałam ją na chwilę odłożyć, ponieważ ilość cringe'u czasami była po prostu zbyt duża. Szczególnie przesadzone sceny zbliżeń pomiędzy bohaterami sprawiały, że miałam ochotę przewrócić oczami.



Jest to dopiero pierwszy tom i po cichu liczę, że w kolejnych dostaniemy nieco bardziej dopracowaną historię. Autorka miała naprawdę oryginalny pomysł na magiczny świat i mam nadzieję, że wykorzysta go w kolejnych częściach, bo szkoda, żeby się zmarnował.



Ilość stron: 543

Wydawnictwo: Uroboros


Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu Uroboros ;)










[970] Recenzja: Nie otwieraj oczu – Josh Malerman

0 | Skomentuj

„Gdy ludzie zmuszeni są żyć razem na jednej przestrzeni, poszanowanie prywatności to podstawa”, czyli jak żyć nie otwierając oczu.


Nie otwieraj oczu to książka, która po raz pierwszy została wydana w Polsce w 2019 roku. Jeśli jej nie kojarzycie, to myślę, że obił Wam się o uszy film Netflixa z Sandrą Bullock w roli głównej, który powstał właśnie na podstawie książki Josha Malermana, członka zespołu The High Strung. Historia ta pierwotnie została wydana w 2014 roku jak pierwszy tom Bird Box.


Coś czai się na zewnątrz. Coś tak przerażającego, że nie sposób na to spojrzeć. Wystarczy jeden rzut oka, by człowiekiem zawładnęła obłąkańcza furia. Nikt nie wie, czym jest to zagrożenie ani skąd się wzięło.
Pięć lat po wybuchu koszmaru na świecie pozostała już tylko garstka ludzi. Wśród nich Malorie i jej dwoje małych dzieci. Ukrywają się w opuszczonym domu nad rzeką, lecz kobieta od dawna marzy o ucieczce i odnalezieniu bezpiecznego schronienia. Kiedy dzieci kończą cztery lata, zapada decyzja – czas ruszać w drogę.
Malorie wraz z dziećmi wyrusza w śmiertelnie niebezpieczną podróż. Muszą pokonać trzydzieści kilometrów rzeką, z opaskami na oczach, zdani wyłącznie na instynkt i wyczulony słuch maluchów. Jeden błąd oznacza śmierć.
A ktoś – lub coś – cały czas podąża ich tropem. Człowiek, zwierzę… czy może potwór?


Josh Malerman zabiera nas w podróż po postapokaliptycznym świecie, gdzie jedno spojrzenie może być śmiertelne. Historię poznajemy z dwóch perspektyw czasowych — od chwili, kiedy to świat się zmienił i następnie cztery lata później, kiedy to nasza główna bohaterka stara się zapewnić dzieciom lepszą przyszłość w bezpiecznym miejscu. W tym celu udaje się w wyjątkowo trudną podróż. Świat stworzony przez autora jest mroczny i aby przeżyć trzeba nauczyć się nie otwierać oczu. Polegać na innych zmysłach — tego Malorie starała się nauczyć dwójkę dzieci. Napięcie budowane jest stopniowo, powoli dowiadujemy się, dlaczego nasza główna bohaterka postanawia opuścić dom.



Nie otwieraj oczu to książka opisywana jako horror. Pokazuje, do czego jest zdolny człowiek, aby przetrwać. Ale jeśli nastawiacie się na krwawe akcje i nagłe zwroty akcji. To nie jest taki horror — tutaj to atmosfera budująca strach i oczekiwanie przebija się przez mury tego gatunku. Historia jest pełna niedopowiedzeń, co niektórych może nieco zirytować, zostawia też miejsce na własne przemyślenia. Styl jest prosty, a rozdziały stosunkowo krótkie, dzięki czemu powieść szybko się czyta. Oddziałuje na emocje, mimo że akcja jest raczej dosyć spokojna.


Nie za bardzo przepadam za horrorami, ale tutaj muszę przyznać, że książka mnie wciągnęła (może dlatego, że to w sumie nie był typowy horror). Ma w sobie także trochę elementów thrillera. Fani postapokaliptycznych wątków odnajdą się tej powieści. Myślę, że klimat w książce jest lepiej zbudowany niż w ekranizacji. Jeśli widzieliście film, to warto sięgnąć po pierwowzór.


Ilość stron: 319
Wydawnictwo: Akurat

 

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję Wydawnictwu Akurat ;)







[969] Recenzja: Wiarołomca – Hannah Kaner

0 | Skomentuj

 „Pierwszy raz w życiu bogobójczyni płakała z powodu śmierci boga”, czyli finał serii Upadli bogowie.


Bogobójczyni, pierwszy tom serii Upadli bogowie, była książką, która wielokrotnie przewijała się na bookstagramie. Jej okładka przyciągała wzrok, a sama pozycja była reklamowana jako idealna dla fanów Wiedźmina czy też The Last of Us. Teraz przyszedł na finałowy trzeci tom tej serii, czyli Wiarołomcę.


Nadeszła wojna. Potężni bogowie i śmiertelni bohaterowie stają do ostatecznej walki o władzę. Bogini ognia Hseth prowadzi niszczycielską armię na południe, a jedyną nadzieją świata jest sojusz dawnych nieprzyjaciół przeciwko wspólnemu wrogowi.

Elon nawiązuje niełatwy sojusz z Arrenem – swoim przyjacielem, wrogiem i królem. Teraz każdy z nich musi zdecydować, ile gotów jest poświęcić, aby odwrócić losy wojny.

Inara dołącza do matki na statku Silverswift. Wciąż zmaga się z własnymi mocami i przeznaczeniem.

Kissen zaś — szukając rodziny — staje przed pytaniem, o co i dla kogo tak naprawdę warto walczyć.


Hannah Kaner debiutowała Bogobójczynią, która zbierała pozytywne opinie. Wielkim plusem jest świat stworzony przez Hannah Kaner, dzięki fantastycznym, kwiecistym opisom możemy go sobie świetnie zobrazować. Stworzyła ona kulturę, politykę oraz religię, czerpiąc garściami z mitologii. Świat ludzi funkcjonuje wraz ze światem bogów. Ten tom to głównie wojna bogów i ludzi oraz walka o władzę. Ten brutalny świat pełen zaskakujących sojuszy i politycznych intryg zabiera nas w magiczną podróż. Początek Wiarołomcy jest nieco powolny i momentami przynudza, ale im dalej tym akcja nabiera rozpędu.


To opowieść, która w głównej mierze skupia się wokół wojny — a więc mamy tutaj sporo planowania strategii i poszukiwania sojuszników. Wiarołomca to bezpośrednia kontynuacja poprzednich tomów, więc jeśli jeszcze nie mieliście okazji, by się z nimi zapoznać, to czytanie tej książki raczej nie ma sensu. Finałowy tom serii to lekka powieść fantasy. Świetnie się sprawdzi dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z fantastyką. Ciekawie został przedstawiony tutaj motyw bóstw, a sama autorka ma oryginalne pomysły. Język jest lekki i przyjemny, a książkę czyta się szybko. Cieszę się, że Hannah Kaner na siłę nie przeciąga serii, tylko potrafi ją zwięźle zakończyć.


Ilość stron: 461

Wydawnictwo: Jaguar



Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu Jaguar ;)




Zajrzycie na mój profil na Instagramie oraz na profil Wydawnictwa Jaguar :)






[968] Recenzja: Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda – Lee Do-Woo

0 | Skomentuj

„Życie wcale nie jest takie długie i nawet jeśli w jego trakcie nie podejmowaliśmy wysiłku, i tak wszyscy odejdziemy z tego świata. Dlatego starajmy się być szczęśliwi, zanim to nastąpi”, czyli bestseller prosto z Korei.


Lee Do-Woo to południowokoreańska pisarka, ukończyła studia z kreatywnego pisania na Uniwersytecie Chung-Ang w Seulu. Sławę przyniosła jej powieść When the Weather Is Fine. Teraz mamy okazję zapoznać się z nią w tłumaczeniu polskim. Wielokrotnie podkreślałam, że uwielbiam sięgać po literaturę azjatycką, dlatego nie mogłam sobie jej odpuścić.


Subtelna, poetycka opowieść o uzdrawiającej sile relacji i miłości po przejściach.

Czasem miłość przychodzi wtedy, gdy najmniej jej oczekujesz – i zostaje, nawet jeśli nie wiesz, jak ją nazwać.

Po serii osobistych porażek Hae-wŏn wraca z Seulu do rodzinnego miasteczka. W poszukiwaniu spokoju trafia do małej księgarni – miejsca, w którym ludzie spotykają się, by rozmawiać o książkach, marzeniach i życiu. Księgarnię prowadzi cichy, introwertyczny Ŭn-sŏp – ich ponowne spotkanie po latach staje się początkiem ciepłej, uzdrawiającej relacji, w której miłość nie potrzebuje wielkich słów.


Na podstawie tej książki powstała k-drama When the Weather Is Fine z Park Min-young i Seo Kang-joon w rolach głównych. Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda to opowieść rozgrywająca się w małym miasteczku, do którego powraca Hae-won, nasza główna bohaterka, która potrzebuje chwili spokoju. Tam trafia do księgarni, w której spotyka Ŭn-sŏp, swojego kolegę ze szkoły. Ich relacja z każdą kolejną stroną rozwija się i staje się dla nich uzdrawiająca. Bohaterowie są autentyczni — mają swoje problemy i wady, dzięki czemu możemy się z nimi identyfikować. Znajdziemy tutaj nastolatków, dorosłych, a nawet seniorów. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia.



Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda to raczej spokojna, nieco melancholijna opowieść, która zmusza do refleksji. Otula czytelnika, niczym kokon, dając wrażenie spokoju i bezpieczeństwa. Zdecydowanie jest to powieść, która idealnie sprawdzi jako comfort reading. To opowieść o życiu, bolesnej przeszłości i emocjonalnej teraźniejszości. Przywraca wiarę w uzdrawiające relacje pomiędzy ludźmi. Poświęca sporo czasu na refleksje i zastanowienie się nad swoim życiem. Pełna emocjonalnych wyznań i ukrywanych blizn. Spotkajmy się, kiedy będzie ładna pogoda nie jest książką, która spodoba się każdemu. Tutaj akcja nie pędzi niczym rollercoaster. Jeśli szukacie powieści, która pozwoli zatrzymać się na moment i złapać oddech to myślę, że ta może wam przypaść do gustu.


Ilość stron: 414

Wydawnictwo: W.A.B.



Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję wydawnictwu W.A.B.  ;)
© Mrs Black | WS X X X